Urodzony 13 czerwca

Irvin Yalom jest psychoterapeutą, emerytowanym profesorem psychiatrii, pisarzem. Napisał kilka powieści, które sam określił mianem opowieści terapeutyczne: Kat miłości, Mama i sens życia, Kiedy Nietzsche szlochał, Leżąc na kozetce, Kuracja według Schopenhauera,  Z każdym dniem trochę bliżej. Jedna terapia – dwie opowieści, Wzywam policję. Jest też, a może przede wszystkim  autorem podręczników z dziedziny psychoterapii takich jak Psychoterapia egzystencjalna, Teoria i praktyka psychoterapii grupowej, Psychoterapia grupowa. Do odrębnej kategorii zaliczam Dar terapii: List otwarty do nowego pokolenia terapeutów i ich pacjentów oraz  Patrząc w słońce, książkę, w której odważnie porusza temat śmierci.

Urodził się 13 czerwca 1931r. w Waszyngtonie. Jego rodzice byli emigrantami z Europy, z małej wioski Celtz położonej blisko granicy z Polską. Dzieciństwo i młodość spędził w podupadłej, biednej i czarnej dzielnicy Waszyngtonu. Odskocznią i schronieniem było dla niego czytanie. Jak pisze na swojej stronie internetowej, dwa razy w tygodniu odbywał niebezpieczną wyprawę rowerową do centralnej biblioteki przy Szóstej ulicy. Wybór lektur był podyktowany architekturą jej wnętrza. Zaczynał od centralnie usytuowanej, wielkiej półki zawierającej biografie. Myślał wtedy, że pisanie książek, to jest to, co chciałby robić w życiu. Ukończył jednak studia medyczne i został psychiatrą. Przez pierwsze dwa lata był lekarzem wojskowym, a od 1962 roku pracował przez 30 lat jako profesor psychiatrii na Uniwersytecie  Stanforda.

W Darze terapii pisze:

„Jedna z moich ulubionych opowieści o uzdrawianiu pochodzi z książki Hermanna Hessego „Gra szklanych paciorków”. Oto w czasach biblijnych żyło dwóch znanych uzdrowicieli: Josphus i Dion.   Obydwaj byli niezwykle skuteczni, pracowali jednak odmiennymi metodami. Młodszy, Josephus leczył spokojnym, natchnionym słuchaniem. Pielgrzymi mu ufali. Cierpienie i lęk wsiąkały w jego uszy jak woda w piasek pustyni, a penitenci odchodzili oczyszczeni i spokojni. Starszy, Dion, aktywnie konfrontował się z tymi, którzy szukali jego pomocy. Odkrywał ich niewyznane grzechy. Był wielkim sędzią, udzielał ostrej nagany, rugał, naprostowywał i czynnie interweniował. Traktował penitentów jak dzieci, radził, karał pokutą, nakazywał pielgrzymki i małżeństwo, zmuszał wrogów do  zgody.                                                            

Nigdy się nie spotkali i rywalizowali ze sobą wiele lat, aż kiedyś Josphus zachorzał duchowo, popadł w czarną rozpacz i ogarnęły go myśli o samozniszczeniu. Nie mogąc sam siebie uleczyć własnymi metodami, wyruszył w podróż na południe, by szukać pomocy u Diona.                                                                                                                 

Pewnego popołudnia odpoczywając w oazie, wdał się w rozmowę ze starszym podróżnikiem. Gdy opisał cel i przeznaczenie swej wędrówki, podróżny zaoferował mu się jako przewodnik i towarzysz w poszukiwaniu. Później, podczas długiej wspólnej wędrówki, ujawnił kim jest. Mirabile dictu: oto Dion we własnej osobie – ten właśnie człowiek, którego Josephus szukał.                                                                

Dion bez wahania zaprosił swego młodszego, zrozpaczonego rywala do domu, gdzie przez lata żyli i  pracowali razem. Najpierw Josephus był jego służącym. Później awansował na ucznia, w końcu – na pełnoprawnego partnera. Wiele lat później Dion zachorował i, już na łożu śmierci, poprosił młodszego kolegę, by ten wysłuchał jego spowiedzi. Mówił o tym, jak kiedyś Josephus straszliwie chorował, jak się wybrał w podróż do starego Diona, by u niego szukać pomocy. Mówił jakim cudem dla Josephusa było to, że jego współtowarzysz podróży i przewodnik okazał się samym Dionem.                                                                                                                                        Teraz w godzinie śmierci – rzekł Dion Josephusowi – nadeszła pora, by złamać milczenie otaczające ten cud. Wówczas – wyznał – jemu samemu zdawało się to cudem, ponieważ on sam popadł w rozpacz. On również czuł się pusty i martwy duchowo i, nie umiejąc sobie pomóc, wybrał się w podróż w poszukiwaniu pomocy. Tej nocy, gdy się spotkali w oazie, pielgrzymował do słynnego uzdrowiciela zwanego Josephusem.                                                                                                                                                                 

Opowieść Hessego zawsze mnie nadzwyczajnie poruszała. Uderza mnie płynący z niej głęboko pouczający przekaz na temat dawania i otrzymywania pomocy, uczciwości i  obłudy, relacji między uzdrowicielem, a pacjentem. Obydwaj mężczyźni uzyskali wielką pomoc, ale każdy z nich – inaczej. Młodszy uzdrowiciel otrzymał pokarm, opiekę, nauki, znalazł mistrza i rodzica. Starszemu pomogło to, że służył komuś innemu, zyskał ucznia, który go obdarzył synowską miłością, szacunkiem i wybawił od izolacji.                                                                                                                                                                     

Dziś jednak, gdy powracam do tej historii, zastanawiam, się czy ci dwaj zranieni uzdrowiciele nie mogli sobie jeszcze lepiej pomóc. Być może ominęła ich możliwość czegoś głębszego, bardziej autentycznego, przynoszącego potężniejszą zmianę. Być może prawdziwe uleczenie nastąpiło dopiero podczas sceny śmierci, gdy odnaleźli uczciwość w ujawnieniu, że byli współtowarzyszami podróży – obaj tylko ludźmi, aż zbyt ludzkimi istotami. Obaj znaleźli pomoc, ale dwudziestoletni sekret mógł stanąć na drodze głębszemu rodzajowi pomocy i taką głębszą pomoc uniemożliwić. Co by się stało gdyby Dion uczynił swoje wyznanie 20 lat wcześniej, gdyby uzdrowiciel i poszukujący pomocy wspólnie stawili czoła pytaniom, na które nie ma odpowiedzi ?                                                                               

We wszystkim tym pobrzmiewa echo rady Rilkego: „…chcę pana, mój drogi, prosić, tak bardzo, jak tylko potrafię, by był pan cierpliwy wobec wszystkiego, czego jeszcze nie potrafi rozwiązać Pańskie  serce i by spróbował Pan polubić same pytania”. Dodałbym do tego: próbuj też pokochać tych, co pytają.”

 http://www.yalom.com

Informacje o Poradnia on-line

profesjonalna pomoc psychologiczna
Ten wpis został opublikowany w kategorii bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Urodzony 13 czerwca

  1. Karol F. pisze:

    To częsty żal: że nie spotkaliśmy, nie otworzyliśmy się przed sobą wcześniej. Ale jakiego znaczenia nabiera ta chwila na łożu śmierci, po tak długim czasie przygotowania i dojrzewania! W kontekście Yaloma, bo od niego zaczyna się ten post, można popatrzeć na terapeutyczną rolę perspektywy śmierci. Niemal wszystkie jego książki jakoś rozprawiają się z tematem śmierci: „śmierć fizyczna nas niszczy ale jej perspektywa – zbawia”. Dion jest przykładem człowieka (jak większość z nas), który wiele doświadczył i posiadł wielką mądrość, ale dopiero zetknięcie z nieuchronnością otwiera go na najważniejsze.

  2. Dar spotkania – inne spojrzenie, inna perspektywa, poszerzają moje ciasne horyzonty, zmuszają do refleksji. Nie wiem jakie były motywy Diona, ale bliższe jest mi spostrzeganie tego,co uczynił w kategoriach wolnego, świadomego wyboru. Taki wybór możliwy jest chyba tylko w perspektywie śmierci.
    Nie czytałam książki Hessego, mam ją i mogłabym, ale dla mnie najcenniejsza jest pointa Yaloma i ten cytat z Rilkego: „…chcę pana, mój drogi, prosić, tak bardzo, jak tylko potrafię, by był pan cierpliwy wobec wszystkiego, czego jeszcze nie potrafi rozwiązać Pańskie serce i by spróbował Pan polubić same pytania”. Pozdrawiam Cię🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s